Maroko, historie nieopowiedziane

W dzisiejszym odcinku Historii nieopowiedzianych zabieram Was do Maroko – do opowieści, które stworzyły naszą podróż po Afryce Północnej. Będzie trochę naciągactwa i coś o wielbłądach, a właściwie o nieszczęśliwym wypadku, który przydarzył nam się na środku pustyni. Gotowi? Nie zapomnijcie zaparzyć sobie kubka dobrej kawy ;)

Maroko, historie nieopowiedziane

O hennie za €30 i najdroższym selfie na Medynie

Zanim pojechałam do Maroko, wiele razy słyszałam, że Marokańczycy to straszni naciągacze. Zrobią wszystko – zaczepią, zagadają, poczęstują herbatą – żeby tylko nakłonić cię do zakupu niepotrzebnego bibelotu. Opinia, jak każda, jest mocno zgeneralizowana, ale… nigdzie indziej nie widziałam takiego chaosu jak ten na Medynie w Marrakeszu! W momencie, w którym weszłyśmy na plac Jemaa el-Fna, poczułam na sobie wzrok kilkunastu “promotorów”. Doskoczyli do nas w mgnieniu oka, próbując zaciągnąć do stoiska z kotłem pełnym buchającej pary. Spójrz tu; nie, tam! Może menu? Biegałam między nimi i nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.

W ciągu kolejnych dni, podczas wycieczki na pustynię, z ciekawością podpytywałam nowo poznanych ludzi – europejskich turystów jak my – jak postrzegają ten mętlik w centrum Marrakeszu. I poznałam historie, które zmieniły moje postrzeganie Medyny.

Mężczyzna podróżujący na osiołku | Maroko
Beduin opowiadający o historii palm w Maroko
Maroko | mężczyzna spacerujący przez zielone pastwisko

Była więc dziewczyna, którą starsza kobieta złapała za rękę i bez proszenia – namalowała tatuaż z henny. Krzyknęła 30 euro, a zdezorientowana Misia zapłaciła.

Byli też chłopcy z Niemiec, do których podszedł facet w turbanie i z uśmiechem zaproponował im zdjęcie. Najpierw jeden, potem drugi. Po wszystkim wyciągnął rękę: “10 euro”, a zdziwieni Lennart i Richie zapłacili.

W mojej głowie pojawiła się fala sprzeciwu “Jak oni mogą naciągać tak ludzi?”, a potem szybko nadciągnęły kolejne myśli “Ano, mogą. Skoro Europejczyk płaci, strategia jest skuteczna. A jeśli działa, dlaczego z niej rezygnować?”. Trochę to smutne, ale na tym opiera się sposób na życie mieszkańców Medyny. Możesz się oburzać, możesz protestować, a możesz spróbować zrozumieć i nie dać się wciągnąć w szaleństwo, które na dzień dobry serwuje Maroko.

Beduin na tle marokańskiego miasta
Beduin spacerujący wąwozem Todra
Panorama Maroko
Krajobrazy Maroko

“Proszę się nie bać”, czyli o handlarzach w Essaouirze

To, jak zachowują się ludzie w Marrakeszu nie jest regułą. Wystarczy odbić kilka godzin na zachód, by znaleźć spokój w biało-niebieskiej Essaouirze. Wiele osób wskazuje to miasto jako oazę i miejsce odpoczynku do gwaru i nachalności sprzedawców na Medynie. I cóż, wiedzą o tym dobrze również sami mieszkańcy Essaouiry.

Pierwszy spacer po uliczkach miasta był dla mnie dużym (i miłym!) zaskoczeniem. Bez krzyków, bez zaczepiania, bez wciskania “niezobowiązujących” rzeczy do skosztowania. Sprzedawcy wciąż zerkali na nas z ciekawością, ale w ich wzroku/uśmiechu zupełnie nie odczuwało się natarczywości. A gdy już weszłyśmy z kimś w dialog… panie, co tu się podziało!

– Tutaj jest inaczej niż w Marrakszu – podkreślał każdy handalarz w sercu Essaouiry.

– Madam, proszę wejść, nie musi Pani nic kupować.

– Proszę pogłaskać wielbłąda. Za dotykanie się nie płaci.

Powiewające szale na tle Warzazatu
Souk w Maroko

Po południu zapuściłyśmy się w głąb starego miasta, na lokalny suk. Hitem był mały sklepik, w którym kupiłyśmy sobie po parze materiałowych, marokańskich spodni. Weszłyśmy do środka i zaczęłyśmy przeglądać wystawione sztuki. Dacie głowę, że sklepik stał sobie tak sam – zupełnie niezaopiekowany, bez żadnego sprzedawcy wokół? Sąsiad ze stosika obok pozwolił nam przymierzyć rzeczy. To również on – za pomocą telefonu – pośredniczył w końcowej negocjacji ceny i to on przyjął od nas kasę.

Można? Można. O ile byłoby przyjemniej, gdyby każde zakupy w Maroko wyglądały w ten sposób ;)

Ruiny kazby w Warzazacie
Ruiny kazby w Maroko

O wielbłądzie, który nie poradził sobie z wydmą

Krok po kroku, na grzbiecie wielbłądów, sunęliśmy przez piaski Sahary. Zwierzęta, połączone sznurem, niby wagoniki na kolejce górskiej, powoli wdrapywały się na małe wydmy. Złapałam się mocniej siodła, kiedy kopyta wielbłąda natrafiły na strome zejście w dół. Pierwsze zwierzę przyspieszyło kroku, ciągnąc za sobą i rozpędzając całą karawanę. Mocne pociągnięcie wytrąciło z równowagi kolejnego wielbłąda, który ugiął nogę i nie mogąc złapać gruntu, przewrócił się na bok.

Wszystko wydarzyło się tak szybko, a ja wciąż pamiętam tamtego Niemca – turlającego się po piasku – oddychającego z ulgą, bo mniejszy refleks (zapewne) przypłaciłby przygniecioną i złamaną nogą. Ale to nie w jego stronę poszybowały moje myśli.

Patrzyłam na wielbłąda, który z trudem podnosił się do góry. Jego smutny ryk niósł się po cichej i spokojnej okolicy – jak płacz dziecka, które właśnie nabiło sobie guza. W ciszy obserwowaliśmy jak Fabian ponownie gramoli się na grzbiet, a zwierzę dźwiga się i niechętnie dołącza do reszty karawany.

Wielbłądy na plaży w Essaouirze

W tym miejscu aż prosi się zastanowić nad etyką jazdy na wielbłądach. Powinno się, nie powinno? Jeździsz na wielbłądzie, a mocno sprzeciwiasz się wdrapywaniu na słonie? Im dłużej o tym myślę, tym mocniej dochodzę do wniosku, że tutaj nigdy nie znajdę jednej dobrej odpowiedzi. Bardzo chciałabym podkreślić, że zwierzęta nie służą naszej rozrywce. A jednak jest pytanie, które wierci mi dziurę w głowie: jak skończyłyby te piękne ssaki, gdyby przestały być turystyczną atrakcją? W garnku? Warto pamiętać, że wolno żyjące stada wielbłądów to endemiczne byty, a ich transportowe funkcje (poza tymi turystycznymi) już dawno straciły swoje znaczenie. Opłacenie karawany jest czasami jedynym sposobem, który może zapewnić zwierzętom właściwą opiekę i wyżywienie.

W jeżdżeniu na wielbłądów, jak we wszystkim, należy zachować głowę: wspierać hodowle, w których zwierzęta wyglądają na zdrowe i zadbane, a przewodnicy nie traktują ich z agresją. Weź pod uwagę również swój ciężar i rozważ, czy faktycznie musisz podróżować na wielbłądzie we dwójkę.

Wielbłądy spacerujące po plaży w Essaouirze
Maroko | wielbłądy na plaży

O pomylonym locie, czyli chwila paniki na lotnisku w Marrakeszu

Tanie bilety rządzą się swoimi prawami, więc do Polski wracałam naokoło – przez Sztokholm. Miałam idealnie wymierzone loty, dwie godziny na przesiadkę w Skavsta i sporo czasu na dotarcie na dworzec w Gdańsku. Do domu leciałam sama; Ola ze względu na sprawy zawodowe zdecydowała się na droższe, bezpośrednie połączenie.

W piątek o 4 rano zameldowałyśmy się na lotnisku w Marrakeszu. Rzuciłam okiem na tablicę odlotów i… zgłupiałam. Numer lotu niby się zgadzał, ale koło niego wyświetlało się “Sztokholm Arlanda” – lotnisko oddalone od Skavsta o 150 kilometrów. Czyli co, nie poinformowali mnie, że zmienili loty? W jaki sposób mam pokonać taki dystans i zdążyć na samolot do Polski?

Niebieskie łodzie w Essaouira
Ludzie spacerujący po porcie w Essaouira

Z myślą “spokojnie, może na tablicy jest jakiś błąd” podeszłam do informacji. Pracownik, nieco zbity z tropu, wzruszył ramionami i z krótkim “Nie wiem” odesłał mnie do punktu check-in. Tam natomiast usłyszałam tylko, że mam dobry bilet. Trochę zrezygnowana, “co będzie, to będzie, najwyższej zwiedzę Szktoholm”, zaczęłam podpytywać innych pasażerów. “Panie, gdzie właściwie leci ten samolot?”. I wtedy odezwała się ona, pani z samego końca kolejki:

– Ee tam, proszę się nie martwić. Oni tutaj zawsze piszą Arlanda. Samolot leci tam, gdzie powinien – do Skavsta.

Cóż… Marrakesz jednym słowem? Chaos!

Essaouira podczas zachodu słońca
Port w Essaouirze podczas zachodu słońca
Essaouira na tle zachodzącego słońca

I tym krótkim podsumowaniem żegnam się z marokańską przygodą.

Do zobaczenia, Afryko! ;)
Trzymajcie się ciepło, M

Dziewczyna z analogowym aparatem

Author: Magdalena

Rocznikowo 92’, absolwentka psychologii i filologii hiszpańskiej w Krakowie. Piszę, robię zdjęcia i podróżuję, bo nic innego nie sprawia mi tyle przyjemności. Dużo się uśmiecham i wciąż się czuję na 12 lat.