5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Brukseli

Bruksela, Mont des Arts

1. Spotkanie z Brukselą

Przed wyjazdem do Brukseli, wiele razy łapałam się myśli – nieprzyjemnej myśli, która cienkimi nićmi stresu splatała mi dłonie – że w gruncie rzeczy boję się tego miasta. Przed oczami wciąż miałam 2016, miasto w płomieniach, które tamtego roku przeżyło brutalny bombowy zamach. Bałam się ludzi, których spotkam w tym miejscu i żołnierzy z karabinami, którzy do tej pory spacerują uliczkami miasta.

Na dworzec w Brukseli dojechałam późno w nocy. Wyciągnęłam komórkę i przełknęłam ślinę, gdy na ekranie wyświetliło się imię mojego Uber-kierowcy – Mohammed.

Ale. Tych kilka dni w Brukseli pozwoliło mi zobaczyć zupełnie inne miasto. Ciche, spokojne, takie, gdzie możesz odetchnąć pełną piersią. Fakt, widziałam żołnierzy z karabinami, pogrążonych w wesołej rozmowie i pilnie lustrujących przechodzących ludzi. Ostrzegano mnie przed dzielnicami: Gare du Nord, gdzie nocą kwitnie świat dziwek i narkotyków; Molenbeek, arabskiego świata w obrębie dumnej stolicy Europy. Świata, w którym nie warto pokazywać się z białą twarzą. To właśnie w Molenbeek przez pewien czas ukrywali się zamachowcy z Paryża – dopóty dopóki policja nie okrążyła dzielnicy i nie przemaglowała muzułmańskich mieszkań.

Croissant leżący na stole, poddasze

Figurka mózgu w laboratoryjnej szafce

A mimo to w Brukseli poczułam się bezpiecznie. Wyciszyłam się, odpoczęłam i nabrałam sił do dalszej pracy. W ciągu tych 5 dni zobaczyłam Brukselę piękną i elegancką, i taką ją zapamiętam. Chłonęłam opowieści, słucham o życiu w małym, belgijskim świecie i podglądałam witryny w poszukiwaniu brukselskich smaków.

A były one naprawdę zacne. Ociekające czekoladą i pachnące słodkimi goframi.

2. Bruksela, do rzeczy

Bruksela, oficjalnie, należy do flamandzkiej części Belgii*. To tutaj mieści się parlament i rząd regionu flamandzkiego.

  • Słowem wyjaśnienia, Belgia jest niewielkim państwem (samo Mazowsze ma większą powierzchnię!), które administracyjnie i kulturowo zostało podzielone na trzy części – francuską, flamandzką i niemieckojęzyczną. Podział ten odzwierciedla złożoną strukturę kraju: etnicznie, kulturowo i językowo.

Mogłoby się wydawać, że to język flamandzki powinien grać tutaj pierwsze skrzypce, ale… w związku z ogromnym napływem emigrantów zostaje on stopniowo – krok po kroku – wypierany. Dzisiaj Bruksela jest dwujęzyczna, a większość ludności (nawet do 90%) posługuje się językiem francuskim. Bonjour przeplata się z Merci, a melodyjne słowa rozbrzmiewają w każdym zakamarku miasta. To właśnie w tym języku obsługiwana jest większość sklepów i tutejszych restauracji.

Bruksela, hotel porośnięty bluszczem

Liście w trybie macro, bokeh

Robi się nieciekawie? Pomyśl. To twój kraj, twoje miasto, w którym się urodziłeś i dorastałeś, marząc i płacząc, gdy ktoś pierwszy raz złamał ci serce. To holenderska mama było słowem, na dźwięk którego rozpłakała się twoja matka. To twój dom, twój język, którym otaczałeś się przez całe życie.

Język, którego dziś prawie nikt nie rozumie. Język, w którym nie możesz dogadać się we własnym mieście.

3. Jeden kraj, wiele twarzy

Nic dziwnego, że większość (szczególnie starszych) mieszkańców flamandzkiej Brukseli pielęgnuje w sobie niechęć do obcych – jest rasistowska i nastawiona antyimigracyjnie. Bo w końcu, jak można lubić ludzi, którzy obdzierają cię z własnej kultury?

Ale. Stosunek do obcych jest kolejnym czynnikiem, który odróżnia grupy ludzi francusko- i flamandzkojęzycznych. Kiedy bonjour’zy otwarcie i z sympatią witają obcokrajowców, goedemorgen’y alienują się i najchętniej spędzają czas we własnym towarzystwie.

Moi znajomi żyją tam w dwóch, różnych środowiskach. W francuskojęzycznym, w którym rodzi się przyjaźń, a ludzie śmieją się przy belgijskim piwie, nawet wtedy, kiedy nie znając angielskiego, próbują dogadać się z tobą na migi. I w końcu – na flamandzkiej uczelni, gdzie doktoranci rozmawiają po niderlandzku, tworząc zamknięte koło, z którego chcąc nie chcąc, wykluczają anglojęzycznych współpracowników.

Royal Palace of Brussels

Brussels Park 1

Brussels Park 2

Brussels Park 3

4. … najlepiej na bezrobociu?

A jeśli o pracy mowa, dorzucę dwa grosze o bezrobociu, bo wbrew pozorom, to bardzo ciekawa sprawa.

W odróżnieniu od tego, jak bezrobocie wygląda w Polsce, Belgowie mają zupełnie inne podejście do osób poszukujących pracy. Są proaktywni, a co za tym idzie, podejmują aktywności, które mają na celu pomoc i podniesienie kwalifikacji bezrobotnych – organizują szkolenia, asystują w procesie rekrutacyjnym czy przygotowują do rozmów kwalifikacyjnych. Dwoją się i troją, żebyś ty potencjalny pracownik zyskał wymarzoną posadę i odnalazł się na rynku pracy. A przy tym, w czasie całego procesu, nie udzielają świadczeń finansowych. No, przynajmniej do 1 roku.

A zatem. Pieniądze, które de facto mogłyby trafić bezpośrednio do kieszeni bezrobotnego, przez pierwszy rok są przeznaczane na opłacenie mu kursów, szkoleń i podnoszeniu kwalifikacji na rynku pracy. Bezrobotny nie ma żadnych korzyści finansowych z faktu nieposiadania pracy, a jedynie (?) pośrednio dostaje realną szansę na znalezienie zatrudnienia.

Wielki Pałac w Brukseli

Różowe tulipany w Brukseli

A mając pracę w Brukseli, można żyć naprawdę dobrze.

Który system jest lepszy? Kreowanie bierności czy stymulowanie aktywności?

5. Słowo o sikaniu, czyli to, co najlepsze w Brukseli

As z rękawa. Czy wiecie, że symbolem Brukseli jest mały, sikający chłopiec?

Koło niewielkiej figurki Manneken pis codziennie tłoczy się garstka gapiów – wyciągają aparaty, telefony i usiłują uchwycić nagiego, wesołego chłopca. Być może dopisze im szczęście i zobaczą przebraną sylwetkę dziecka. Jego stroje (ponad 750!) są ofiarowywane przez różne stowarzyszenia, delegacje państwowe i na co dzień przechowywane w Muzeum Miasta Brukseli. Sama postać jest niepozorna, ukryta w gąszczu wąziutkich ulic, ale to legenda, która się za nią kryje nadaje jej sensu i znaczenia dla mieszkańców belgijskiego miasta.

Manneken Pis

Legend – jak to zwykle bywa – jest kilka, ale dzisiaj przeczytacie tylko jedną wersję, tę, którą usłyszałam tamtego leniwego ranka w Amsterdamie.

Pewnego razu pewien mężczyzna udał się do karczmy, żeby w otoczeniu przyjaciół, przy kuflu piwa odpocząć po ciężkim dniu pracy. Wziął ze sobą małego synka, chłopca o imieniu Juliaanske, któremu szybko zachciało się siku. Dziecko wyszło na zewnątrz, schowało się za budynkiem i tam ściągnęło spodnie. Szczęśliwym trafem chłopiec oddał mocz na palący się lont, na materiały wybuchowe, które zostały podłożone w celu wysadzenia miasta. Tym samym stał się bohaterem – zapobiegł wybuchowi i ocalił miasto przed groźnym najeźdźcą.

Kto by pomyślał, że coś tak trywialnego jak potrzeba siku może kiedyś uratować Brukselę! ;)

Atomium, widok z daleka

Atomium, widok z bliska

Atomium 2

  • Praktyczne. Do Brukseli najtaniej dolecimy Ryanair’em. Za swój bilety z Warszawy do Charleroi i z powrotem zapłaciłam 78 zł (kupiony z czteromiesięcznym wyprzedzeniem).
  • Z lotniska do centrum Brukseli najłatwiej dojechać oficjalnym shuttle busem Flibco. Ceny biletów zaczynają się już od 5 euro, ale ciężko je upolować. Standardowy bilet kosztuje 14 euro.

 

Dziewczyna z analogowym aparatem

Author: Magdalena

Rocznikowo 92’, absolwentka psychologii i filologii hiszpańskiej w Krakowie. Piszę, robię zdjęcia i podróżuję, bo nic innego nie sprawia mi tyle przyjemności. Dużo się uśmiecham i wciąż się czuję na 12 lat.